Muszę gdzieś wylać swoje przemyślenia, bo trochę ich mam, i pewnie nie uda mi się spisać teraz wszystkich. A czuję się trochę osamotniony w mojej opinii bo mnóstwo osób zachwyca się zarówno filmem jak i książką. Mi do zachwytów daleko, chociaż przy książce bawiłem się przednio. Wpis będzie posiadał spojlery, zarówno dot. książki jak i filmu.

Słowa pochwały

Zacznę od pochwał. Książka to bardzo dobra literatura rozrywkowa. Andy Weir w żaden sposób nie jest wybitnym pisarzem - historia jest bardzo prosta, niekiedy naiwna i ckliwa, ale biorąc pod uwagę główne motywy to klei się całkiem zgrabnie. Największą frajdę zaś sprawia śledzenie tego w jaki sposób bohaterowie stawiają czoła problemom. Ktoś nazwał tę książkę competence porn i jest to dość trafne określenie. Według mnie zasługuje na mocne 6/10, z potencjałem na wyższą ocenę.

Film zobaczyłem kilka dni po przeczytaniu powieści. W filmie postaci zostały lekko zmodyfikowane tak, aby były bardziej zróżnicowane względem siebie, i złagodzono charakter Grace’a, który aż nadto podkreślał w książce, że jest strasznym nerdem.

Film został zrealizowany przepięknie. Muzyka jest naprawdę cudowna, a warstwa wizualna jest niesamowita. Zwłaszcza w czasach kiedy produkcje filmowe wyglądają szaro i płasko, Projekt Hail Mary udowadnia, że w kosmosie jest mnóstwo światła i kolorów.

Dwa słowa o książce

Andy Weir jest nerdem i pisze opowieści o nerdach dla nerdów. Główny bohater i cała rzesza naukowców to jedna i ta sama postać, czyli self insert autora. Tak jak pisałem, najwięcej frajdy przynosi tu czytanie o rozkminach w jaki sposób sprostać problemom bazując na metodzie naukowej. Ryland Grace, czyli nasz narrator, poznaje w pewnym momencie Rocky’ego - przedstawiciela obcej cywilizacji, który jest podobnie ciekawy świata co Ryland. Ich przyjaźń rozwija się i opiera się między innymi na tym filarze ciekawości. Tak naprawdę ciężko im to odebrać, bo można tu odnaleźć pewne, wydaje mi się, powszechne dążenie do odnalezienia osoby o podobnym myśleniu. Dążenie pewnie jeszcze silniejsze wśród niepopularnych w szkole kujonów. I mimo, że postać Grace’a kompletnie do tego archetypu nie pasuje - jest wyidealizowaną wersją charyzmatycznego nauczyciela - to okoliczności w jakich się znalazł w jakiś sposób to tłumaczą.

Silny jest też motyw współpracy narodów ponad podziałami. Jest on strasznie naiwny, ale pasuje do tej opowieści. Opowieści, która wyróżnia się wśród innych pozytywnym przekazem. Naiwnym, ale potrzebnym w dzisiejszych czasach.

Aspekty w których ta książka leży to interakcje bohaterów, dialogi i kreacje postaci. Weir stworzył dwa szablony charakterów, które daje na zmianę bohaterom. Dialogi przypominają bardziej czytanki z podręcznika do języka obcego, w którym służą tylko do tego aby odhaczyć kolejne punkty. Jedyna postać która świeci w tej opowieści to Rocky, która jest absolutnie przeurocza.

Jeśli chodzi o film

Rocky

Będziemy próbować dalej – mówi [Rocky]. – Nie poddamy się. Będziemy ciężko pracować. Jesteśmy odważni.

Rozumiem, że język filmu rządzi się swoimi prawami, i należało skondenować w miarę wszystkie procesy naukowe. Ale z filmu wycięto jakieś 90% naukowych rozkmin. I traci na tym relacja dwójki głównych bohaterów.

To, co było w książce budowane za pomocą współpracy, wzajemnym wsparciu i nauce, w filmie zostało sprowadzone do relacji inspirowanej studenckim współlokatorstwem.

Rocky w obu wersjach jest zabawny. Humor Rocky’ego w powieści wynika z jego ciekawości świata, w szczególności ciekawości wynikającej z pierwszego spotkania z obcą cywilizacją, i jego bezpośredniości. “Twoja twarz przecieka” albo “Nie na zawsze […] Wkrótce wypadniemy z orbity. Wtedy umrzemy.” to tylko przykłady dosadnego humoru Rocky’ego.

Rocky w filmie musiał zostać skondensowany, przez co staje się po prostu momentami niemiły. Jego humor nie wynika już z ciekawości świata, ani z upartości jak w rozdziałach z rozmnażaniem taumeb. Rocky w filmie stał się zantropomorfizowanym kotem, który wchodzi między nogi i uwielbia się bawić.

Zabrakło też moim zdaniem bardziej zarysowanych motywów, które napędzały oryginał. Film jest bardzo uroczą historią o przyjaźni, ale książka to nie było tylko to. To była też historia o tym, że cały świat jest w stanie ze sobą współpracować ponad granicami narodów. To była historia o tym, że stawiając czoła problemom nie należy się poddawać, bo niepowodzenie daje nam sporo informacji o problemie, dzięki czemu jesteśmy gotowi podejść do rozwiązania z innej strony. Oczywiście te motywy w filmie też były, ale nie były tak silne jak w oryginale. Jestem świadom że to decyzja artystyczna twórców, ale ubolewam nad tym, ponieważ nieczęsto widzi się jednoznacznie pozytywny przekaz w historiach science fiction. Przekaz który podnosi na duchu, daje nadzieję na przyszłość i zainspiruje kolejne pokolenia osób zajmujących się inżynierią, nauką, nauczaniem czy po prostu nimi zainteresowanych.

Paradoksalnie to, co nie zadziałało w kosmosie, zadziałało na Ziemi. Tutaj te uproszczenia zadziałały na korzyść i nadały tempa akcji. Omijamy dość istotne i spektakularne sceny - bombardowanie lodowców, czy betonowanie Sahary. Ale dostajemy za to kilka równie istotnych emocjonalnie, których w książce nie było. Jak chociażby moment otrzymania wiadomości od doktora Grace’a.

Ostatnie słowo

Gdy byłem dzieciakiem byłem ogromnym nerdem. Uwielbiałem wszystkie nauki ścisłe. Dziś niestety mam wrażenie, że samo słowo nauka stało się triggerem dla wielu osób. W publicznym dyskursie rozważania o nauce i naukowcach stały się dyskusją polityczną. Nie dziwię się - poglądy progresywne są zazwyczaj oparte na badaniach, a nie tradycyjnych ideologiach tak jak konserwatyzm. Stąd wśród prawicy taki niesmak do metody naukowej, i taka popularność wszelkiej maści teorii spiskowych i pseudonauk.

Kiedyś inspirowały mnie Discovery Science, Pogromcy Mitów oraz forum brainiac.pl. Dziś dzieciaki mogą mieć książki i filmy Andy’ego Weira, oraz naukowe kanały na YouTube i TikToku.